We weren’t born to follow

Tak naprawdę miałam wczoraj dodać tę notkę, ale jakoś tak wyszło, że wrzucam ją dopiero dzisiaj ;) Dzisiaj, kiedy jesteśmy już trzy dni po meczu Polska-Czechy. Nie chciałam przelewać swoich emocji bezpośrednio po samym spotkaniu, bo tekst miałby zbyt emocjonalny charakter (czytaj: roiłoby się od brzydkich słów). Może to sprawka hormonów, może nie, ale my kobiety już tak mamy, że potrzebujemy zazwyczaj trochę czasu, żeby móc sobie na spokojnie pewne rzeczy przemyśleć, przeanalizować i zdystansować się. Gdy sobie już to wszystko w główce uporządkujemy, jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić całą sytuację i co ważniejsze – wyciągnąć rzeczowe, konstruktywne wnioski. Ale do rzeczy.

Po remisie z Rosją byliśmy pewni (może zbyt?) zwycięstwa z Czechami. Tymczasem okazało się, że Rosja przegrała z Grecją, a Czesi (na nasze nieszczęście) wygrali z nami. Wszystko tak jak być powinno, tyle że na odwrót. Piłka faktycznie bywa nieprzewidywalna… A może zależało nam za bardzo na tym całym wyjściu z grupy? Byliśmy już tak blisko, a tu taki klops. No właśnie, w dniu meczu z Czechami mieliśmy gigantycznego pecha. Mnóstwo okazji na strzelenie bramki nie zostało wykorzystanych. Potencjał Lewandowskiego i innych dobrych piłkarzy również się zmarnował. Można by rzec: „Polacy grali lepiej, ale to Czesi wygrali”. Smuda, rozczarowany wynikiem pokojowego starcia Polaków z Czechami, mówił, że odchodząc nie pozostawi po sobie spalonej ziemi. Możemy sobie w tym momencie dopowiedzieć: tak jak spaloną ziemię (a raczej trawę) swego czasu zostawił holenderski selekcjoner Leo Beenhakker.

Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało, nic się nie staaaałoooo, Polacy nic się nie staaało! – słyszałam po meczu do znudzenia powtarzane jak mantra nasze narodowe hasło, kiedy coś nam nie wypali. I wiecie co? Nie zgadzam się z tymi słowami. Owszem, stało się! Stało się i to dużo. Przez kilka ostatnich tygodni zjednoczyliśmy się i to bardziej niż studenci w czasie sesji, kiedy wszyscy wszystkim i wszystko sobie udostępniają. Podczas Euro (które wciąż trwa) pokazaliśmy, że jesteśmy prawdziwymi patriotami – wywiesiliśmy więcej flag niż na święto 3-go Maja i (teraz już bez ironii) słusznie udowodniliśmy, że pod względem organizacyjnym, logistycznym i kulturowym całkiem przyzwoity z nas współgospodarz. Mielibyśmy to wszystko teraz zaprzepaścić? Przecież nie po to budujemy, żeby później burzyć… A może się mylę?

Myślę, że naszym piłkarzom należą się wielkie podziękowania za niesamowitą i wyjątkową atmosferę oraz nie małą dawkę pozytywnej adrenaliny jaką nam zapewnili podczas każdego z tych trzech meczy. Kobiety zainteresowały się piłką nożną, śledziły z zapałem przebieg meczów, wyczekując bramki tak samo jak faceci i ożywiając się jeszcze bardziej na widok przystojnych piłkarzy. Sportowe emocje sięgały zenitu, a to już naprawdę coś!

Ja kibicuję Portugalii i Niemcom, a Wy?

Nikt nie lubi przegrywać. Każdy chciałby zawsze wygrywać – to oczywista oczywistość. Pamiętajmy jednak, że porażki są koniecznym etapem rozwoju. Są potrzebne, naturalne i przede wszystkim są po coś. Nie bez powodu porażkę określa się „matką sukcesu”. Jeżeli nie nauczymy się najpierw przegrywać, nigdy nie będziemy umieli wygrywać. Tak naprawdę jedyną przegraną jest rezygnacja, bo dopóki walczysz jesteś zwycięzcą. Przykład może banalny i dziecinny, ale dobrze odzwierciedlający istotę sprawy: Jemy pewnego dnia śniadanie, niby tak samo kaloryczne jak zawsze, problem tylko w tym, że wyjątkowo dzisiaj czujemy pewien niedosyt, bo pomimo pysznej jajecznicy z pieczareczkami dalej jesteśmy głodni. Zastanawiamy się więc, na co jeszcze mamy ochotę, otwieramy lodówkę i… jemy ;) Równie dobrze moglibyśmy już zacząć użalać się nad sobą i swoim głodem, ryczeć ile fabryka dała, ale czy to coś zmieni? Owszem, nasz głód będzie coraz większy. W rozpaczaniu, płaczu i chwilowej depresji nie ma nic złego, trzeba tylko bardzo uważać, żeby nie zostać w tym błotku na dłużej, pławiąc i taplając się w myślach typu: „Och, jaka ja biedna, jest mi tak źle i strasznie! Dlaczego akurat mnie to spotkało?!”.

Po każdej klęsce warto zadać sobie pytanie: czy jest coś, co mogę zrobić, żeby tę katastrofę zminimalizować albo jakoś ograniczyć jej skutki? Może się okazać, że nie można zmienić tego, co się stało. Nie siedzimy wtedy bezczynnie, tylko bierzemy kartkę papieru i zapisujemy wszystko, czego nauczyliśmy się z tej sytuacji, co możemy dla siebie wynieść. Widzimy już o jaką wiedzę jesteśmy mądrzejsi. Widzimy jak powoli wynurzamy się z zamulającego błotka i powracamy do świata ludzi żywych, a nie wegetujących. Bardzo ważną rzeczą, jeśli nie najważniejszą jest nasze nastawienie do porażek, błędów i niepowodzeń oraz nastawienie do nas samych w momencie odniesienia porażki. Jeśli będziemy sobie w kółko powtarzać, że jesteśmy do kitu, głupi i nic nie warci, to podświadomie również zaczniemy działać w ten sposób, który skutecznie zablokuje możliwość odniesienia sukcesu. Zupełnie inaczej, zdrowiej będziemy postępować w przyszłości, jeśli na samym początku spojrzymy na porażkę z następującej perspektywy: „Spoko, stało się, psy szczekają, karawana jedzie dalej”.

Tym oto sposobem przeszliśmy z przegranego meczu z Czechami do tematu porażki widzianej z perspektywy jednostki. Umiejętność radzenia sobie z katastrofami, niepowodzeniami i klęskami to ważny temat i być może kiedyś jeszcze go poruszę.

Na koniec zamieszczam piosenkę, którą bardzo lubię i która jest potwierdzeniem tego, że nie urodziliśmy się po to, żeby upadać.

PS. Słyszałam w radiu, że nie przegraliśmy z Czechami, tylko… strzeliliśmy jedną bramkę mniej ;)

Źródła:

http://www.ithink.pl/artykuly/styl-zycia/inne/porazka-jest-matka-sukcesu-cos-dla-podlamanych-bizneswoman-i-nie-tylko/
http://www.maciejmusial.com/blog
http://akasha1991.blog.interia.pl/

Advertisements

2 thoughts on “We weren’t born to follow

  1. U mnie sytuacja jest niecodzienna. Moja dziewczyna jest niesamowitą fanką piłki nożnej i chociażbym nie wiem, jak się starał, jest w tej mierze niedościgniona. Zna się bardzo dobrze na piłce, wygrywa wszelkie konkursy a ja czasem robię wielkie oczy skąd ona to wie. Wszelkie stereotypy więc na temat kobiet i tej dziedziny sportu biorą w naszym przypadku w łeb!
    Euro? Mimo wszystko Naszym dziękuję, a jeśli miałbym dodać coś na koniec, to gdybym mógł, rozwiązałbym cały PZPN i powołał nowy związek.

    • To faktycznie niecodzienna sytuacja, ale w sumie to miła odmiana od ogółu ;) Trochę mi się śmiać chciało, gdy oglądałam wywiad z naszym Prezydentem przed meczem Portugalia-Hiszpania.
      Piotr Kraśko: A komu Pan, Panie Prezydencie będzie kibicował?
      Prezydent: Ja w tym momencie nikomu już nie kibicuję, wygra ten lepszy. Całym sercem byłem z Polską, ale my i tak wygraliśmy. Jesteśmy współgospodarzem i Euro i tak wygraliśmy :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s