Hi guys, I’m back!

Minęło już całkiem sporo czasu od mojego ostatniego wpisu. Jesteśmy za połową miesiąca, a ten jest moim pierwszym w lipcu. Ostatnio pochłonęły mnie szeroko pojęte porządki, których de facto jeszcze nie skończyłam – do przekopania została mi jeszcze jedna sterta rupieci, ale to w porównaniu z wcześniejszymi gigantycznych rozmiarów klamotami jest już pestką ;)

Wiem, wiem, kiepska wymówka, która w dodatku wcale mnie nie usprawiedliwia… Do listy swoich alibi mogę dorzucić jeszcze pracę, która niczym kombajn kosi mój czas wolny, doskonalenie swojego skromnego warsztaciku fotograficznego (o którym więcej w następnym wpisie), jakąś ciekawą książkę, odwiedziny rodziny, jakieś ognisko, coś tam, coś tam jeszcze i okazuje się, że doba powinna trwać 48 h…

Jest kilka rzeczy za którymi nie przepadam. Nie lubię motyli (tak, motyli) zwłaszcza gdy jakiś mnie zaczepia, latając w pobliżu i będąc na wyciągnięcie ręki – boję się ich bardziej niż one mnie; nie lubię rozmów dotyczących chorób (przerażają mnie), polityki (nie potrafię aż tak dobrze kłamać w żywe oczy) oraz religii (zwłaszcza gdy ktoś z całych sił próbuje mnie przekonać, że jego religia czy cuś innego jest lepsze od mojej – katolickiej). Poza tym tak jak większość z nas nie cierpię rano wstawać. Jest jednak coś, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Tym czymś jest… zepsuty komputer i to jest właśnie moje największe alibi ;) Co prawda miałam jeszcze do dyspozycji swojego laptopa (nawalił komp stacjonarny, który dzielę razem z tatą), tylko że bez dostępu do szanownej Globalnej Wioski.

Z doświadczenia wiem, że moje awarie komputera trwają długo. Tym razem los był dla nas nad wyraz hojny, bo zapewnił nam aż ponad pół miesiąca wakacji od Internetu. Kiedy komputer był już sprawny, okazało się, że modem odmówił posłuszeństwa. Moja babcia, która ma problem z odróżnieniem monitora od komputera od razu rozwiązała błyskawicznie całą sprawę, uważając, iż: „Najlepiej kupić wszystko nowe!”. Już zaczynałam widzieć światełko w tunelu, już zaczynałam marzyć o nowym sprzęcie zarządzanym Siódemką, ale niestety (albo stety) nie ma tak łatwo. Po kilkunastu dniach modem podobnie jak wcześniej komputer został przywrócony do życia, wszystko wróciło do normy i tyle zostało z moich marzeń i planów.

Podczas całej tej kwarantanny już prawie zapomniałam jak to jest korzystać z Internetu. Czy mi go brakowało? I tak i nie. Tak, bo żyjemy w czasach, w których Internet jest czasami naprawdę niezastąpiony, a nie, ponieważ po dłuższej przerwie od niego doceniamy o wiele bardziej jego niezwykłą moc i nie marnujemy już tak bardzo czasu na bzdety (tak jest zresztą z większością rzeczy).

Wcześniej wspomniałam, że pochłonęły mnie porządki. To prawda, przekopałam całkiem przyzwoitych rozmiarów stosy papierów. Niektóre znaleziska zaciekawiły, a czasem i rozbawiły mnie na tyle, że postanowiłam się nimi z Wami podzielić :)

Gdy miałam 8 lat (i więcej) trochę rysowałam. Jako dziecko uwielbiałam czytać komiksy, a w szczególności popularnego wtedy Kaczora Donalda – do dzisiaj mam gdzieś w garażu wiele numerów tego czasopisma, które wychodziło wtedy bodajże w środę. W każdym numerze był jakiś kreatywny prezent, który zazwyczaj składał się z części. Aby móc się nim bawić, najpierw trzeba było go sobie złożyć. To właśnie na komiksach Kaczora Donalda nauczyłam się… czytać, rysować i kombinować. Tak, tak, tak.

Dzisiaj też tak wyglądam rano, kiedy dzwoni budzik :P

Scarlet?

Nie ma to jak prawidłowe rozmieszczenie rysunku :)

Pamiętam, że rysunki te wykonywałam zerkając od czasu do czasu na fikcyjną postać np. w komiksie. Pamiętam też, że rysowanie sprawiało mi ogromną frajdę. Nie wszystkie dzieła wykonałam jako ośmiolatka, niektóre zostały narysowane później. Nie wszystkie też pochodzą tylko z Kaczora Donalda, na co pewnie już zwróciliście uwagę.

W moich klamotach znalazło się także mnóstwo materiałów do nauki z czasów liceum i gimnazjum, szkolnych notatek, próbnych usprawiedliwień (posiadam wiele charakterów pisma i znajomi ze szkoły bardzo troszczyli się o to, żebym nie wyszła z wprawy – po kilku latach od ukończenia szkoły można już to wyjawić :p), a także różnych prywatnych zapisków. Do czasów tych wielkich porządków miałam oczywiście świadomość, że nie jestem już tą samą dziewczynką, którą byłam w gimnazjum czy liceum, jednak dopiero podczas przekopywania i czytania osobistych notatek dotarło do mnie jak bardzo zmienił się mój sposób postrzegania świata, idee, priorytety, filozofia życiowa, a nawet styl ubierania się, gust muzyczny itp. To się chyba nazywa dorastanie.

Nie obeszło się oczywiście także bez zdjęć, które jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu dokonania się dużych zmian w moim życiu. Wszystkie fotografie znajdują się teraz w szufladzie i nie są już tak porozrzucane jak kiedyś. Do pełnego szczęścia trzeba będzie je jeszcze tylko odpowiednio posegregować i włożyć do albumu.

Ta całkiem fajna wycieczka do czasów przeszłości w niektórych momentach nieźle mnie rozbawiła. Zapoznajcie się z mega odlotowym tekstem piosenki z nauki muzyki w ostatniej klasie podstawówki. Pan od muzyki znany był z tego, że zawsze uczył nas bardzo życiowych i prawdziwych tekstów, a nie jakiegoś tam lania wody i owijania w bawełnę. Oto dowód:

Najbardziej w mojej szkole podoba mi się… 20 minutowa przerwa.
W mojej rodzinie jestem… ciągle dzieckiem.
Dwa słowa opisujące to… pomysłowa szatynka.
Polak, którego naprawdę podziwiam to… Jan Paweł II.

To tylko fragment nieanonimowej ankiety z czasów pierwszej klasy liceum, którą wypełniłam jakoś we wrześniu 2006 roku.

Wyłowiłam także karteluszki zapisane do cna wszelkiego rodzaju informacjami, wśród których przeważały cytaty z filmów, książek, usłyszane gdzieś albo własnoręcznie wymyślone.

W wieku piętnastu lat bawiłam się trochę w spisywanie z Telegazety przysłów i cytatów na dany dzień. Ta kartka spokojnie mogłaby reklamować akcję: Chroń Ziemię, żyj ekologicznie i oszczędzaj papier!

Dokopałam się do popularnych kiedyś wymienianych wśród znajomych pamiętników, złotych myśli, a także opowiadań, a raczej opowiadanek, które pisałam, mając naście lat.

Znalazło się także kilka autografów m.in. Szymona Wydry:

Ostatnim skarbem, który mnie rozbroił jest Karta urlopowa, którą samodzielnie wystawiłam swoim rodzicom, mając 8 lat.

W dokumencie tym udzielam im urlopu na Majorkę od 23.07.1998 do 30.08.1998 włącznie. Zwróćcie uwagę na to, że udało mi się nawet uzyskać zgodę mojego pracownika, czyli taty! Potwierdza to jego podpis. Cały ten papierek nie byłby niczym niezwykłym, gdyby nie fakt, iż dzisiaj w pracy również zajmuję się tak zwaną papierkową robotą. Co prawda nie udzielam urlopu swoim pracownikom, ale sporządzam raporty, pisma, odpowiadam na maile, czasem też wypełniam jakieś druczki i pokwitowania.  Nieźle, prawda?

 

Źródło:

http://mierulsidoodlez.blogspot.com/2011/08/im-back-d.html – stąd pochodzi miniaturka wpisu.

Reklamy

8 thoughts on “Hi guys, I’m back!

  1. Zgaszam się- doba powinna trwać 48h. Idealne rozwiązanie na wszystkie problemy ;) No ale cóż :P
    Oj pamiętam Kaczora Donalda- gdy tylko nadszedł dzień gdy pojawiał się w sklepach/kioskach wsiadało się na rower i ochoczo ruszało by nabyć nowy numer ;)
    Nie wiedziałem, że rozdajesz karty urlopowe ;) Jakie miejsca masz w swojej ofercie? :P

    • Mnie mama zawsze przynosiła nowy „towar” jak wracała z pracy :) Hmm… oprócz Majorki miałam jeszcze Świdnicę i Krzczonów, ale właśnie na te dwa ostatnie miejsca było najwięcej chętnych i pozostała już tylko hiszpańska Majorka. To co „wybierasz”? ;D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s